ogłoszenia drobne
Sonda
| Z pamiętnika młodego Polaka w Niemczech… |
|
|
Jak czuja się młodzi Polacy mieszkający albo urodzeni w Niemczech ? Czy chcą jeszcze nazywać się Polonią? Czy czuja się jak równouprawnieni obywatele Europy? Czy dla nich ważne jest jaki paszport posiadają, jakim językiem mówią? - drukujemy historie w odcinkach Jaśka Polańskiego – 15 letniego polskiego berlińczyka. Z pamiętnika młodego Polaka w Niemczech… Cześć ziomale, no to zaczynam moja nawijkę… Kiedy urodziłem się w Berlinie nie wiedziałem nawet, że Berlin jest stolicą Niemiec i raczej było mi to obojętne. Przyszedłem na świat w czystym i jasny szpitalu Humbold Krankenhaus, w którym mama mogła minie przewijać i kąpać w osobnym pokoju. Ciągle mogli mnie odwiedzać goście. Mogli tez przynosić kwiaty mamie, z czego bardzo się cieszyła kiedy stawiała je na stoliku obok łóżka. Nie musieli przy tym zakładać fartuchów na siebie jak w polskich szpitalach ani śmiesznych plastikowych ochraniaczy na buty, ponieważ w tym szpitalu tak często sprzątano, że odwiedzający nie zdążyli nabrudzić. Wtedy nie znalem jeszcze różnic miedzy Polską i Niemcami i świat wydawał mi się idealny. Kiedy przynieśli mnie do domu okazało się, że nie jestem jedynym dzieckiem, bo mam o dwa i pół roku starszą przez co już bardzo mądrą siostrę. Moja siostra lubiła mnie dopóki nie zacząłem raczkować, a i teraz lubi mnie wybiorczo z reguły wtedy, kiedy coś ode mnie potrzebuje. Myślę, ze tym nie różnimy się od niemieckich rodzeństw, ani żadnych innych na całym świecie. W naszym domu mówiło się po polsku i tego języka nauczyłem się jako pierwszego. Moja mama, która jeszcze mówi po angielsku i francusku, doszła do sensownego wniosku, ze najpierw powinienem nauczyć się poprawnie mówić w rodzinnym języku. Mama twierdziła uzasadniając swoje przekonanie teoriami specjalistów językoznawstwa, że dziecko zagranicą lepiej nauczy się języka kraju, w którym mieszka od jego rdzennych mieszkańców, chociażby ze względu na poprawną wymowę. Eksperyment się udał, bo kiedy poszedłem w wieku dwóch lat do przedszkola znając intuicyjnie kilka niemieckich słów, w ciągu miesiąca porozumiewałem się już swobodnie z moimi niemieckim przedszkolnymi kolegami. Dzisiaj mówię po niemiecku bez jakiegokolwiek zagranicznego akcentu. Mama nadal wymawia niektóre niemieckie wyrazy z typowym polskim akcentem, ale śmieje się a nawet jest dumna z tego i uważa to za miły regionalizm. Kiedy studiowała próbowała nauczyć się perfekcyjnie niemieckiego, ale zdała sobie sprawę, że wymowa i tak ją zdradzi. Wiec dziś mówi z dumą – Sie erkennen durch meine Aussprache, dass ich aus Polen komme ( Zauważyliście na pewno Państwo poprzez moją wymowę, że pochodzę z Polski ). Z reguły wtedy Niemcy odpowiadają – Aber Sie sprechen doch sehr gut deutsch – ale przecież Pani mówi świetnie po niemiecku. W tym momencie nawiązuje się miła konwersacja Polki w Niemczech z Niemcami w Niemczech, ale już na całkowicie partnerskim poziomie. Wracając do mojego ukochanego przedszkola – to nie było tak zupełnie zwykle państwowe przedszkole czyli Kindergarten . To był – Kinderladen – czyli takie przedszkole założone przez stowarzyszenie rodziców. Niemcy wywalczyli sobie prawo do dofinansowania przez państwo indywidualnych inicjatyw tego typu po buncie studentów w latach 60tych. W Kinderladen było najwięcej 12 dzieci, dwóch wychowawców i do tego pani kucharka, która gotowała codziennie zdrowe dania z ekologicznych produktów. Mój Kinderladen o magicznej nazwie Punktchen, co znaczy kropeczki, mieścił się w wielkim starym berlińskim mieszkaniu, traktowałem go jak drugi dom a wychowawców jak rodzinę. Mama tłumaczy mi dziś, że o to właśnie jej chodziło. Najważniejszą pedagogiczna idea było kreatywne rozwiniecie indywidualności dziecka. I to chyba w moim wypadku udało się, bo już wtedy siedziałem godzinami na podeście, żeby inne dzieciaki dały mi spokój i oglądałem książki udając, że umiem je czytać. Teraz siedzę za to godzinami przed komputerem i gram w niezbyt mądre gry. W przerwach miedzy grami uczę się czasami albo czytam w kilka godzin książki po 200 stron i jakoś bez problemów zdaje z klasy do klasy w jednym z berlińskich gimnazjów. Kiedy czasem przechodzę obok mojego przedszkola chętnie macham dzieciakom albo zaglądam do środka zawsze się dziwiąc, jak mogłem kiedyś mieścić się w małych krzesełkach, bo przecież dziś mam jedyne 185 centymetrów wzrostu. Mama mówi, że miałem szczęście, bo w polskim przedszkolu musiałbym wszystko robić na rozkaz z cała grupą i być przy tym o wiele bardziej grzecznym. Ale chyba jednak trochę bała się o moją zbyt rozbudzoną kreatywność, wiec do zerówki posłała mnie do katolickiej szkoły. Tam tez było super, bo spotkałem kilkoro dzieci z innych polskich rodzin. Obok szkoły była świetlica, gdzie niektóre wychowawczynie mówiły po polsku. Mieliśmy zasadę tak jak w moim domu, że nie mówimy po polsku, kiedy są z nami dzieci niemieckie i zagraniczne, żeby one nie czuły się źle, że czegoś nie rozumieją. W domu z siostrą kiedy bawiliśmy się razem tez mówiliśmy po niemiecku, ale z mamą tylko wtedy, kiedy byliśmy w towarzystwie osób nie mówiących po polsku. No bo przecież z własną polską mama dużo szybciej mówi się po polsku. A kiedy ja poprawiam jak mówi po niemiecku, to wtedy śpiewa jakąś stara piosenkę, że „najwięcej witaminy maja polskie dziewczyny”… i coś tam, że….” wstyd przy dziecku mówić w kuchni po niemiecku”. Nikt z moich rodziców nie podkreślał nigdy czy jestem Niemcem czy Polakiem. Zresztą było mi to wtedy obojętne – mówiłem już w obu językach bez zagranicznego akcentu, miałem fajna szkolę i fajnych niemieckich, polskich i zagranicznych kolegów. Czasami tylko próbowałem mamie tłumaczyć, że ona wielu spraw nie rozumie, bo urodziła się w Warszawie, a ja w Berlinie. To był mój pierwszy oficjalny podział narodowościowy jakiego dokonałem mając lat 7, a jak dalej dojrzewałem do bycia Polakiem w Niemczech opowiem w następnych odcinakach mojego pamiętnika. W tym co piszę nie ma żdanej ściemy ani szydery, mam nadzieję, że kumacie bazę. Trochę jechałem na wolnym i miałem wczuwkę, dlatego piszę fristajlowo No to nara Wasz ziomal – Jasiek Polański Słownik młodzieżowego języka wylajtowanego: wylajtowany – swobodny, na luzie ziomal – rodak, kolega z grupy nara – do widzenia nawijaka – opowiadanie ściema – kłamstwo jechać na wolnym – improwizować mieć wczuwkę – wczuć się w sytuację fristajlowo - swobodnie |













