|
Malinowska nie ma lekko. Powiedziałbym nawet, że ma siedem światów z domkiem letniskowym położonym nad morzem. Z roku na rok przybywa jej grono znajomych, a każdy przejawia ochotę złapania oddechu nad morzem: „A może byśmy tak (...) wpadli na dzień...” - i prawie jak w piosence. Któregoś razu pozbierała tych ‘ochotników’ do kupy i zabrała do osławionej perły Bałtyku, gdzie gwiazdy kina polskiego odciskają łapki i podpisują się w Alei Gwiazd. I ja przyjęłam owo zaproszenie, choć wielbicielką morza, ze względów nawet zdrowotnych, nie jestem. Nie wspominam o monotonii spacerów po plaży tam i z powrotem. Cóż... - de gustibus. Siedząc w sympatycznym towarzystwie na tarasie w wygodnych leżakach, rozmawialiśmy o tym i owym. Wtedy Paweł, szef techniczny jednej z klinik berlińskich, zapytał: Czy możecie poszukać w Polsce szpitala z oddziałem dziecięcym, który specjalizuje się w chorobach dróg oddechowych, który potrzebuje sprzęt medyczny do diagnostyki? Owa aparatura, zaledwie jednoroczna, w związku z reorganizacją kliniki, musiała być usunięta a prócz niej jeszcze meble, kuchnia - jednym słowem cały oddział wartości ok. jednego miliona euro. - Ja znam taki jeden biedny szpital – przypomniała sobie Malinowska i zapewniła, że zaraz po przyjedzie do Berlina zadzwoni do jego dyrektora. - Ja też znam! Ja też mam taki szpital w moi mieście... - przekrzykiwano się wzajemnie. I ja zgłosiłam pomoc w poszukiwaniu odbiorcy.
Odczekałam dwa dni, po czym z ciekawości zadzwoniłam do pierwszej deklarującej pomoc w poszukiwaniu. Koleżanka była nieco zmieszana, w końcu powiedziała, że jeśli chcę, to mogę się tym zająć. Ucieszyłam się bardzo. Mam znajomych lekarzy w Opolu, moje dwie przyjaciółki są lekarkami, jedna z nich jest nawet pediatrą więc z darem nie powinno być problemu. Od razu zadzwoniłam z propozycją, która została przyjęta bez wielkiego entuzjazmu, choć – trzeba przyznać - podziękowano za moje zaangażowanie. Obiecano podzwonić do szpitala dziecięcego, ZOZu i Bóg wie gdzie jeszcze. Po upływie tygodnia otrzymałam odpowiedź, że nie ma chętnych, że szpitale chcą nowy sprzęt, a zresztą są fundusze unijne więc sobie jakoś poradzą. Ok. Przełknęłam gorzką pigułkę niepowodzenia misji. Entuzjazm opadł ale nie rezygnowałam dzwoniąc na własną rękę do innych szpitali w Polsce. Za każdym razem słyszałam tę samą albo podobną odpowiedź. Wyżaliłam się wtedy mojej znajomej przez telefon z fiaska misji, a ona obiecała przedzwonić i również włączyć się w akcję. Po godzinie oznajmiła, że jest lekarz w Polsce, który się tym zajmie i zabierze wszystko, co jest w dobrym stanie technicznym. Ma nawiązać kontakt z kliniką, przyjechać z ekspertem, zorganizować transport... Dalej wszystko poszło, jak po maśle. Paweł ucieszył się, że sprzęt trafi do Polski. Cieszyliśmy się wszyscy i byliśmy szczęśliwi, bo okazało się, że mali pacjenci nigdy jeszcze nie mieli tak wygodnych łóżek, że sprzęt okazał się być wysokiej jakości i tylko niektóre meble uszkodziły się w czasie transportu. Drobiazg. Ponoć dla burmistrza miasta, dla personelu szpitala, lekarzy moment przekazania owego sprzętu był bardzo wzruszający. Słyszałam to tylko z relacji, bo nie było mnie przy tym, ale cieszyłam się, że moja misja zakończyła się sukcesem. Kiedy znajomi dowiedzieli się o przekazaniu daru dla dzieci w okresie, kiedy organizował się Sztab WOŚP - zaraz wykorzystano ten fakt, jako nasz zbiorowy sukces, bo też był on zbiorowy! A kiedy wieść rozniosła w szerszym gronie ktoś przypomniał sobie, że mam w tym niemałą zasługę, ba! chciano mnie nawet typować do odznaczenia. Rozbroiła mnie ta propozycja i oczywiście zaoponowałam, jako że nie zajęłam się sprawą dla tzw. sławy o chwały. Ostatni Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przypomniał mi o tym wydarzeniu, bo - jak co roku przed imprezą - dzwoni do mnie Malinowska przypominając „ A ja o tym pamiętam - mówi – wiem, że gdyby nie ty...”. Jest mi przyjemnie. Może jestem próżna, ale uważam, że pamięć czynienia dobra powinna być bardziej pielęgnowana niż konserwowanie zawiści, potknięć i niemocy. Zawsze w inicjatywach zbiorowych ważne są efekty pracy wielu ludzi. I dobrze jest o tym pamiętać.
Krystyna Koziewicz |